Gdy rano obudziłam się, byłam zdziwiona tym, że kręgosłup mi nie dokuczał po nocy spędzonej na niewygodnej kanapie oraz, że nie przyśnił mi się żaden senny koszmar. Jeszcze pół przytomna poszłam do kuchni, aby zrobić sobie coś do zjedzenia. Gdy nagle moja mama wyszła głośno krzycząc:
- Sto lat! - mocno mnie do siebie przytulając. - Jesteś już taka duża. Jestem z ciebie bardzo dumna.
- Co robiłaś wczoraj? Gdzie byłaś? Martwiłam się o ciebie. Myślałam że coś ci się stało. - stwierdziłam z prawdziwym smutkiem i złością, uczucia te siedziały we mnie od wczoraj.
- Nie widziałaś karteczki którą dla ciebie zostawiłam? - powiedziała to jakbym była głupim i niedojrzałym dzieckiem, który nie umie zrozumieć niektórych rzeczy.
- Tak widziałam. Ale to niczego nie zmienia. Przecież i tak się bardzo o ciebie martwiłam.
- Śniadanko ci stygnie - odparła jakby nie słysząc tego co ja jej powiedziałam
- Mamo! To że będziesz starała się mnie od tego odciągnąć to nie oznacza że problem zniknie. Przeciwnie będzie rósł - powiedziałam zła i mocno zdenerwowana tą sytuacją.
- Dobrze kochanie. Porozmawiamy o tym dzisiaj wieczorem - patrząc mi głęboko w oczy obiecała szczerość i podzielenie się ze mną wszystkimi sekretami. Mimo tego wszystkiego co się ostatnio wydarzyło, chciałam jej uwierzyć, więc zaczęłam jeść moje urodzinowe śniadanie, które mi przygotowała. Miałam nadzieję, że dobrze się to skończyło i abyśmy wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Później przekonałam się, że nasze życie nie jest takie piękne i proste jak w bajkach dla dzieci, które kiedyś czytała mi mama na dobranoc.
Kiedy zauważyłam, że jest już pora pójścia do szkoły, zabrałam wszystkie rzeczy i wyszłam. Jak zawsze idąc przez park mijałam bezdomnych ludzi którzy jeszcze spali, tym razem wyciągnęłam z mojej torby kanapki i położyłam na ławce jednego z bezdomnych. Właśnie w tej chwili obudził się ze snu, usiadł i uśmiechnął się do mnie z wdzięcznością, ale w mgnieniu oka miał już poważną minę.
- Tam - wskazał ręką na wysoką skałę - Za tym wielkim kamieniem jest ławka, na której znajduje się dziewczynka - podając mi kanapkę, powiedział - Zanieś jej jedzenie. Ja sobie jakoś poradzę, ale ona potrzebuje twojej pomocy - byłam pod wielkim wrażeniem jego postawy. Widziałam łzę spływającą po jego brudnym policzku, którą natychmiast starł. Podeszłam do niego, mimo tego paskudnego zapachu i mocno przytuliłam tego starca.
- Jest pan dobrym człowiekiem. Naprawdę. - szepnęłam mu do ucha.
- To jest twoje zdanie. A teraz idź do tej dziewczynki, ona cię potrzebuje - odparł z powagą.
- Dobrze już idę. Życzę panu miłego dnia - powiedziałam z szerokim uśmiechem - Dzięki panu ten dzień będzie wyjątkowy.
Odeszłam w stronę, gdzie wskazał mi ten miły bezdomny. Kiedy dotarłam tam, zobaczyłam małą dziewczynkę skuloną na rogu ławki. Była ona ubrana tylko w brudną różową sukieneczkę i białe pantofelki, jedynie co ogrzewało ją to stary, zniszczony koc, którym się mocno oplotła. Ale i tak widziałam, że trzęsła się z zimna. Wtapiała się ona w krajobraz parku, w spadające liście które opadały już z drzew. Poczułam ucisk w sercu.
- Jak ktoś mógł doprowadzić ja do takiego stanu? Gdzie są jej rodzice? - pomyślałam ze złością i podeszłam do niej.
- Cześć, jestem Izzy - starałam się mówić z miłym głosem i życzliwym uśmiechem.
Widziałam, że dziewczyna jeszcze bardziej się ode mnie oddaliła, ale patrzyła się zachłannie na moje dłonie, w których trzymałam kanapki.
- Pewien starszy pan powiedział mi, że tu jesteś, dlatego przyniosłam ci kanapki. - odparłam i położyłam je na drugim końcu ławki, żeby miała nadal swoja przestrzeń. - Położę je tutaj, a jutro tu przyjdę i sprawdzę czy je zjadłaś, OK? - rzekłam z uśmiechem i powoli się oddalałam od tego miejsca.
- Dziękuje - nie byłam pewna czy powiedziała to ta dziewczynka czy była to tylko moja wyobraźnia.
W drodze do szkoły zastanawiałam się nad losem tych ludzi. Czy przez całe swoje życie nie mieli własnego domu? Kochającej rodziny? A co z ich edukacją? Rozmawiając z tym bezdomnym człowiekiem, wiedziałam, że jest on naprawdę bystrym mężczyzną. Więc co go skłoniło do takiego trybu życia? Może to właśnie nałóg albo nieszczęśliwa miłość. Na pewno zapytam go o to kiedyś.
Kiedy wchodziłam do szkoły, spostrzegłam, że zaczęły się lekcje. Idąc przez korytarz panowała tu cisza, przerywana jedynie cichym tykaniem zegara. Pukając do sali 207 usłyszałam niewyraźnie "Proszę" od mojego nauczyciela angielskiego. Weszłam do pomieszczenia niepewnie, gdyż byłam spóźniona, co nigdy mi się nie zdarzało. Panowała tu dziwna atmosfera.
- Przepraszam za spóźnienie - rzekłam cicho
- Usiądź z kolegą z tyłu, bo nie ma z kim pracować - odparł rzeczowo - Właśnie pracujemy nad dzisiejszą.....
- O Boże - powiedziałam bezgłośnie.
Zrobiło mi się słabo, nie czułam się najlepiej. Straciłam czucie w nogach, upadłam na podłogę. Moje serce nadal biło jak oszalałe za sprawą tego, że przed oczami nadal miałam obraz tego mężczyzny. Mężczyzny z moich koszmarów.
środa, 19 lutego 2014
czwartek, 13 lutego 2014
Rozdział I
Usłyszałam, że budzik dał o sobie znać, zrywając mnie ze snu. Jak zwykle zalana potem usiadłam na łóżku, żeby uspokoić moje głośno łomoczące serce. Nagle przez moje ciało przeszły ciarki i zrobiło mi się zimno. Spostrzegłam, że moje okno jest otwarte.
- Dziwne - powiedziałam cicho - Przecież ja zawsze je zamykałam.
Poszłam szybko pod prysznic i po chwili odświeżona już zeszłam na dół na śniadanie, które moja mama pewnie już przygotowała.
- Dzień dobry kochanie - powiedziała mama całując mnie w policzek .
- Cześć - powiedziałam jeszcze lekko zaspanym głosem. Podeszłam do dzbanka i nalałam sobie kubek kawy.
- Nadal się nie wysypiasz - stwierdziła zmartwionym głosem.
- Nie mówmy teraz o tym - powiedziałam siląc się na uśmiech, wiedząc, że ona się bardzo przejmuje i obwinia tym, nie nie może pomóc mi z moimi sennymi koszmarami.
Jedząc mojego gofra usłyszałam że ktoś dzwoni do drzwi.
- To pewnie Olivia i Oliver. Mamo proszę otwórz drzwi, a ja pójdę szybko po moje rzeczy - i popędziłam znów na górę do swojego pokoju. Kiedy schodziłam na dół, usłyszałam na dole kłócących się ludzi.
- Mamo! Kto przyszedł? - krzyknęłam i zauważałam, że nagle głosy ucichły, a kiedy zeszłam na dół zobaczyłam bladą kobietę podpierającą się o ścianę.
- Mamo! Co się stało? - zapytałam zdenerwowanym głosem.
- Nic kochanie, wszystko jest OK - powiedziała moja mama, wymuszając krzywy uśmiech. Ale ja dobrze wiedziałam, że to określenie nie jest na miejscu. Przyniosłam jej szklankę wody. Po chwili zaczęły jej wracać kolory, ale nadal była roztrzęsiona.
- Czuję się już dobrze, idź do szkoły, nie martw się o mnie - odparła moja mama.
- Ja muszę już iść, ale możesz do mnie zadzwonić jakby coś się działo, OK? - wiedziałam że potrzebuje czasu, aby sobie wszystko przemyśleć i poukładać. Mimo to bałam się o nią, gdyż była delikatną kobieta.
- Dobrze. Pa kochanie - powiedziała z ulga w głosie.
A po oczach poznałam, że ma przede mną o wiele więcej do ukrycia.
Zawszę idę pieszo do szkoły, nie lubię i dlatego prawie nigdy nie korzystam z transportu publicznego, przez co moja mama jest niezadowolona. Idąc przez park zauważyłam na ławkach kilku śpiących bezdomnych ludzi. Ich twarze były szorstkie, zmęczone, sine a jednocześnie strasznie blade. Niestety zapomniałam zabrać dzisiaj śniadania do szkoły, więc smutna odeszłam dalej, gdzie ludzie uprawiali codzienny jogging. Co jakiś czas ktoś przechodził na spacer z psem. Kiedy byłam już blisko szkoły usłyszałam, że ktoś zawołał "Izzy!", więc instynktownie się odwróciłam i zobaczyłam, że zbliża się Olivia. Od razu uśmiechnęłam się na jej widok.
- Hej Izzy - powiedziała ściskając mnie na powitanie.
- Hej Olivia - odparłam tuląc się do niej mocno.
- Co się stało - jakby na zawołanie wyczuła moje zmartwienie.
- Moja mama - te dwa słowa wystarczały dla niej w zupełności.
- Opowiesz mi później, OK? Teraz musimy się śpieszyć na zajęcia.
Więc szybko pognaliśmy w stronę szkoły. Kiedy byliśmy już pod szkołą, pożegnaliśmy się, bo mieliśmy zajęcia w innych klasach. Ale umówiliśmy się w naszej kawiarni po lekcjach.
Kiedy miałam dłuższą przerwę poszłam do szkolnej biblioteki, aby się spotkać z Mikiem, który odbywa tam staż.
- Hej Izzy - powitał mnie promiennym uśmiechem - Co cie do mnie sprowadza? Bo raczej nie uciekłaś z lekcji, aby mi pomóc - mówiąc to uśmiechnął się i mrugnął do mnie.
- Nie - powiedziałam śmiejąc się - Mam teraz przerwę na lunch i chciałam cię tylko uprzedzić, że nie będę mogła ci dzisiaj pomóc niestety.
- A to czemu? - zrobił smutną minę, która była głupkowata, żeby mnie roześmiać, ale ja wiedziałam, że nie chciał abym zobaczyła w jego oczach wymalowanego bólu.
- Umówiłam się już z Olivią i nie chce odkładać tego spotkania
- OK. Rozumiem.
Widząc kolejkę jaką zrobiłam i to że zaraz skończy się przerwa odwróciłam się na pięcie i odeszłam w stronę wyjścia nawet nie żegnając się z nim. Kiedy już miałam wychodzić, usłyszałam jak ktoś mnie woła i instynktownie się odwróciłam i zobaczyłam jak biegnie w moją stronę Mike.
- Hej. Słyszałem że jutro organizujesz przyjęcie urodzinowe. Mógłbym do ciebie przyjść na nie?
- Yyy... Ok jasne - powiedziałam lekko zaskoczona.
- Będę u ciebie o 19. OK?
Wtedy Mike przysunął się do mnie bliżej, pochylając się, pocałował mnie w policzek.
- Pa - powiedziałam szybko i popędziłam na zajęcia.
- Do zobaczenia - powiedział Mike głębokim i miękkim głosem.
Kiedy otwierałam drzwi wyjściowe biblioteki, odwróciłam się i zobaczyłam, że Mike stał nadal w tym samym miejscu i wpatrywał się we mnie przenikliwym wzrokiem.
Wchodząc do kawiarni poczułam charakterystyczny zapach parzonej kawy, która od razu poprawiła mi humor. Jak zwykle pomieszczenie to było zatłoczone, ale wręcz opustoszałe. Może dlatego, że nie znajdowała się ona w centrum miasta, więc nie cieszyła się ona wielkim zainteresowaniem wśród ludzi. Poszłam do stolika, który najbardziej mi odpowiadał. Można było się przy nim wyciszyć i ze spokojem czekać na przyjaciółkę. Po chwili do kawiarni weszła Olivia.
- Przepraszam, że się spóźniłam, ale musiałam coś załatwić.
- Ok. Nic się nie stało. Zamówiłam już dla nas gorącą czekoladę.
- Dzięki - powiedziała z uśmiechem
- Dlaczego dzisiaj rano nie przyszłaś po mnie? - wyrwało mi się. Myślę, że to pytanie siedziało w mojej głowie przez cały dzień.
- Chciałam ci właśnie powiedzieć, że ostatnio Oliver dostał wysokiej gorączki i zaopiekowałam się nim przez ostanie dni. Nie chciałam jeszcze bardziej obciążać wujka, który i bez tego ma dużo zmartwień na głowie. Ale myślę... Chwila... Chyba mi dzwoni... - I sięgnęła do kieszeni spodni i odebrała telefon
- Halo? Tak? Już idę. Izzy muszę już iść do domu. Pa. I wyszła z lokalu z prędkością światła.
- Pa. Miło się gawędziło - odparłam cicho.
W tej chwili właśnie przyszła kelnerka z zamówieniem.
- Proszę. Dwie gorące czekolady. Coś jeszcze? - powiedziała z miłym uśmiechem.
- Poproszę rachunek.
- Dobrze.
Kiedy szłam z powrotem do domu zajrzałam jak zwykle do domu opieki.
- Hej Izzy. Dobrze, że jesteś - powiedziała Stella, która jest tutaj pielęgniarką.
- Hej. Coś się stało? - powiedziałam poważnym tonem.
- Pani Braun jest znowu pogrążona w depresji. Mogłabyś do niej zajść?
- Dobrze. Już idę.
Choć lubię pomagać ludziom to jednak odpycha mnie to miejsce. Może przez tą śmierć, która tu czyha na każdym kroku. Nie wiem dlaczego, ale czuję gdy ktoś jest bliski śmierci, wtedy spędzam z nią jak najwięcej czasu, starając się tą śmierć jakoś odpędzić. Nie znaczy to jednak, że jestem w stanie wskazać konkretniej daty. Jednak mogę poczuć, że z osoby upływa energia.
Kiedy byłam już przed wejściem, lekko zapukałam i weszłam do szpitalnego pokoju. Pomieszczenie to było przyjemne dzięki zdjęciom rodzinnym, które stały na stoliku nocnym. Świeże kwiaty powodowały, że ich zapach można było poczuć już w korytarzu. Pani Braun stała w oknie i patrzyła się na piękne jezioro, które stało niedaleko tego ośrodka. Podeszłam do tych kwiatów i delikatnie je wdychałam.
- Piękne są - powiedziałam cicho
- Jak myślisz od kogo je dostałam? - odparła z uśmiechem urocza starsza pani.
- Czyżby pański syn przyszedł z wizytą?
- Niestety nie, ale pewien młodzieniec przyszedł.
- Może ma pani jakiegoś wielbiciela? - powiedziałam uśmiechając się szeroko.
Kiedy już szłam od pani Braun, poszłam jeszcze do pani Stelli.
- Kochanie, jeszcze nie poszłaś do domu? - zapytała się ze zmartwieniem pielęgniarka.
- Już właśnie idę, ale chciałabym się jeszcze pani zapytać, kto dzisiaj odwiedził panią Braun? - spytałam się z własnej ciekawości.
- Panią Braun? Ale nikt jej już nie odwiedzał od dwóch tygodni. A coś się stało?
- Nic takiego, tylko ona dzisiaj wspominała, że jakiś chłopak do niej przyszedł.
- Wiesz jaka ona jest. Pewnie sobie znowu coś zmyśliła.
- Zapewne tak. Dobranoc.
- Do zobaczenia, skarbie.
Jeszcze raz zajrzałam do tego pokoju, aby się jeszcze raz upewnić, bo to nie dawało mi spokoju, potrzebowałam jakiegoś dowodu. Kiedy weszłam do środka, kobieta już spała, a po bukiecie kwiatów już nie było śladów.
Pół godziny później, kiedy weszłam już do swojego mieszkania, skierowałam się w stronę kuchni, aby coś zjeść. Zobaczyłam przyklejoną karteczkę na lodówce:
- Dziwne - powiedziałam cicho - Przecież ja zawsze je zamykałam.
Poszłam szybko pod prysznic i po chwili odświeżona już zeszłam na dół na śniadanie, które moja mama pewnie już przygotowała.
- Dzień dobry kochanie - powiedziała mama całując mnie w policzek .
- Cześć - powiedziałam jeszcze lekko zaspanym głosem. Podeszłam do dzbanka i nalałam sobie kubek kawy.
- Nadal się nie wysypiasz - stwierdziła zmartwionym głosem.
- Nie mówmy teraz o tym - powiedziałam siląc się na uśmiech, wiedząc, że ona się bardzo przejmuje i obwinia tym, nie nie może pomóc mi z moimi sennymi koszmarami.
Jedząc mojego gofra usłyszałam że ktoś dzwoni do drzwi.
- To pewnie Olivia i Oliver. Mamo proszę otwórz drzwi, a ja pójdę szybko po moje rzeczy - i popędziłam znów na górę do swojego pokoju. Kiedy schodziłam na dół, usłyszałam na dole kłócących się ludzi.
- Mamo! Kto przyszedł? - krzyknęłam i zauważałam, że nagle głosy ucichły, a kiedy zeszłam na dół zobaczyłam bladą kobietę podpierającą się o ścianę.
- Mamo! Co się stało? - zapytałam zdenerwowanym głosem.
- Nic kochanie, wszystko jest OK - powiedziała moja mama, wymuszając krzywy uśmiech. Ale ja dobrze wiedziałam, że to określenie nie jest na miejscu. Przyniosłam jej szklankę wody. Po chwili zaczęły jej wracać kolory, ale nadal była roztrzęsiona.
- Czuję się już dobrze, idź do szkoły, nie martw się o mnie - odparła moja mama.
- Ja muszę już iść, ale możesz do mnie zadzwonić jakby coś się działo, OK? - wiedziałam że potrzebuje czasu, aby sobie wszystko przemyśleć i poukładać. Mimo to bałam się o nią, gdyż była delikatną kobieta.
- Dobrze. Pa kochanie - powiedziała z ulga w głosie.
A po oczach poznałam, że ma przede mną o wiele więcej do ukrycia.
Zawszę idę pieszo do szkoły, nie lubię i dlatego prawie nigdy nie korzystam z transportu publicznego, przez co moja mama jest niezadowolona. Idąc przez park zauważyłam na ławkach kilku śpiących bezdomnych ludzi. Ich twarze były szorstkie, zmęczone, sine a jednocześnie strasznie blade. Niestety zapomniałam zabrać dzisiaj śniadania do szkoły, więc smutna odeszłam dalej, gdzie ludzie uprawiali codzienny jogging. Co jakiś czas ktoś przechodził na spacer z psem. Kiedy byłam już blisko szkoły usłyszałam, że ktoś zawołał "Izzy!", więc instynktownie się odwróciłam i zobaczyłam, że zbliża się Olivia. Od razu uśmiechnęłam się na jej widok.
- Hej Izzy - powiedziała ściskając mnie na powitanie.
- Hej Olivia - odparłam tuląc się do niej mocno.
- Co się stało - jakby na zawołanie wyczuła moje zmartwienie.
- Moja mama - te dwa słowa wystarczały dla niej w zupełności.
- Opowiesz mi później, OK? Teraz musimy się śpieszyć na zajęcia.
Więc szybko pognaliśmy w stronę szkoły. Kiedy byliśmy już pod szkołą, pożegnaliśmy się, bo mieliśmy zajęcia w innych klasach. Ale umówiliśmy się w naszej kawiarni po lekcjach.
Kiedy miałam dłuższą przerwę poszłam do szkolnej biblioteki, aby się spotkać z Mikiem, który odbywa tam staż.
- Hej Izzy - powitał mnie promiennym uśmiechem - Co cie do mnie sprowadza? Bo raczej nie uciekłaś z lekcji, aby mi pomóc - mówiąc to uśmiechnął się i mrugnął do mnie.
- Nie - powiedziałam śmiejąc się - Mam teraz przerwę na lunch i chciałam cię tylko uprzedzić, że nie będę mogła ci dzisiaj pomóc niestety.
- A to czemu? - zrobił smutną minę, która była głupkowata, żeby mnie roześmiać, ale ja wiedziałam, że nie chciał abym zobaczyła w jego oczach wymalowanego bólu.
- Umówiłam się już z Olivią i nie chce odkładać tego spotkania
- OK. Rozumiem.
Widząc kolejkę jaką zrobiłam i to że zaraz skończy się przerwa odwróciłam się na pięcie i odeszłam w stronę wyjścia nawet nie żegnając się z nim. Kiedy już miałam wychodzić, usłyszałam jak ktoś mnie woła i instynktownie się odwróciłam i zobaczyłam jak biegnie w moją stronę Mike.
- Hej. Słyszałem że jutro organizujesz przyjęcie urodzinowe. Mógłbym do ciebie przyjść na nie?
- Yyy... Ok jasne - powiedziałam lekko zaskoczona.
- Będę u ciebie o 19. OK?
Wtedy Mike przysunął się do mnie bliżej, pochylając się, pocałował mnie w policzek.
- Pa - powiedziałam szybko i popędziłam na zajęcia.
- Do zobaczenia - powiedział Mike głębokim i miękkim głosem.
Kiedy otwierałam drzwi wyjściowe biblioteki, odwróciłam się i zobaczyłam, że Mike stał nadal w tym samym miejscu i wpatrywał się we mnie przenikliwym wzrokiem.
Wchodząc do kawiarni poczułam charakterystyczny zapach parzonej kawy, która od razu poprawiła mi humor. Jak zwykle pomieszczenie to było zatłoczone, ale wręcz opustoszałe. Może dlatego, że nie znajdowała się ona w centrum miasta, więc nie cieszyła się ona wielkim zainteresowaniem wśród ludzi. Poszłam do stolika, który najbardziej mi odpowiadał. Można było się przy nim wyciszyć i ze spokojem czekać na przyjaciółkę. Po chwili do kawiarni weszła Olivia.
- Przepraszam, że się spóźniłam, ale musiałam coś załatwić.
- Ok. Nic się nie stało. Zamówiłam już dla nas gorącą czekoladę.
- Dzięki - powiedziała z uśmiechem
- Dlaczego dzisiaj rano nie przyszłaś po mnie? - wyrwało mi się. Myślę, że to pytanie siedziało w mojej głowie przez cały dzień.
- Chciałam ci właśnie powiedzieć, że ostatnio Oliver dostał wysokiej gorączki i zaopiekowałam się nim przez ostanie dni. Nie chciałam jeszcze bardziej obciążać wujka, który i bez tego ma dużo zmartwień na głowie. Ale myślę... Chwila... Chyba mi dzwoni... - I sięgnęła do kieszeni spodni i odebrała telefon
- Halo? Tak? Już idę. Izzy muszę już iść do domu. Pa. I wyszła z lokalu z prędkością światła.
- Pa. Miło się gawędziło - odparłam cicho.
W tej chwili właśnie przyszła kelnerka z zamówieniem.
- Proszę. Dwie gorące czekolady. Coś jeszcze? - powiedziała z miłym uśmiechem.
- Poproszę rachunek.
- Dobrze.
Kiedy szłam z powrotem do domu zajrzałam jak zwykle do domu opieki.
- Hej Izzy. Dobrze, że jesteś - powiedziała Stella, która jest tutaj pielęgniarką.
- Hej. Coś się stało? - powiedziałam poważnym tonem.
- Pani Braun jest znowu pogrążona w depresji. Mogłabyś do niej zajść?
- Dobrze. Już idę.
Choć lubię pomagać ludziom to jednak odpycha mnie to miejsce. Może przez tą śmierć, która tu czyha na każdym kroku. Nie wiem dlaczego, ale czuję gdy ktoś jest bliski śmierci, wtedy spędzam z nią jak najwięcej czasu, starając się tą śmierć jakoś odpędzić. Nie znaczy to jednak, że jestem w stanie wskazać konkretniej daty. Jednak mogę poczuć, że z osoby upływa energia.
Kiedy byłam już przed wejściem, lekko zapukałam i weszłam do szpitalnego pokoju. Pomieszczenie to było przyjemne dzięki zdjęciom rodzinnym, które stały na stoliku nocnym. Świeże kwiaty powodowały, że ich zapach można było poczuć już w korytarzu. Pani Braun stała w oknie i patrzyła się na piękne jezioro, które stało niedaleko tego ośrodka. Podeszłam do tych kwiatów i delikatnie je wdychałam.
- Piękne są - powiedziałam cicho
- Jak myślisz od kogo je dostałam? - odparła z uśmiechem urocza starsza pani.
- Czyżby pański syn przyszedł z wizytą?
- Niestety nie, ale pewien młodzieniec przyszedł.
- Może ma pani jakiegoś wielbiciela? - powiedziałam uśmiechając się szeroko.
Kiedy już szłam od pani Braun, poszłam jeszcze do pani Stelli.
- Kochanie, jeszcze nie poszłaś do domu? - zapytała się ze zmartwieniem pielęgniarka.
- Już właśnie idę, ale chciałabym się jeszcze pani zapytać, kto dzisiaj odwiedził panią Braun? - spytałam się z własnej ciekawości.
- Panią Braun? Ale nikt jej już nie odwiedzał od dwóch tygodni. A coś się stało?
- Nic takiego, tylko ona dzisiaj wspominała, że jakiś chłopak do niej przyszedł.
- Wiesz jaka ona jest. Pewnie sobie znowu coś zmyśliła.
- Zapewne tak. Dobranoc.
- Do zobaczenia, skarbie.
Jeszcze raz zajrzałam do tego pokoju, aby się jeszcze raz upewnić, bo to nie dawało mi spokoju, potrzebowałam jakiegoś dowodu. Kiedy weszłam do środka, kobieta już spała, a po bukiecie kwiatów już nie było śladów.
Pół godziny później, kiedy weszłam już do swojego mieszkania, skierowałam się w stronę kuchni, aby coś zjeść. Zobaczyłam przyklejoną karteczkę na lodówce:
Nie czekaj na mnie.
Wrócę później
Mama
Wkurzyłam się na nią, że mnie unika. Zadzwoniłam do niej, ale nie odbiera. Poszłam do salonu, włączyłam telewizję i po chwili zasnęłam otulona kocem, nie martwiąc się o nic i modląc się, aby chociaż tej nocy przyśnił mi się piękny sen.
środa, 5 lutego 2014
Prolog
Znalazłam się w dziwnym mieście, z całkiem innego okresu, magicznej epoki. Miasteczko to było opustoszałe, pozbawione życia, wymarłe. Szłam wzdłuż szerokiej,zadziwiającej alei. Otaczały mnie ponure, mroczne i majestatyczne budowle, które rzucały martwe, nienaturalne cienie stwarzające nastrój grozy i tajemniczości. Nie czułam się w tym miejscu bezpiecznie i chciałam się się stąd wydostać, ale nie wiedziałam jak. A niepokojący labirynt dróg zdawał się nie mieć wyjścia. W końcu doszłam do rozległego placu, wokół którego ciągnęły się rzędy arkad.
Na środku wznosił się mistyczny posąg, z jednej strony przestawiający nierealną postać, a z drugiej strony było w nim coś znajomego, dlatego podeszłam bliżej, aby się lepiej przyjrzeć. Pod pomnikiem na tabliczce był wygrawerowany napis, który przeczytałam po cichu:
"Sunt angeli boni et mali. Pauperes sunt, et ruerunt. Qui ceciderunt. Non est iniquum? Post omnes, iacent omnia. Espraes iacent omnia"*
W części przedniej budowli tkwiły znieruchomiałe zegary stale wskazujące południe. A głuche milczenie sprawiło, że słyszałam głośne bicie własnego serca. Nagle zegary oszalały, wskazówki kręciły się w niewłaściwym kierunku, ziemia zadrżała i usłyszałam przeraźliwy hałas. Spomiędzy budynków jakby z mgły pojawiła się tajemnicza postać. Była ona w pelerynie wyglądając w tym mrocznie, groźnie i bardzo niebezpiecznie. Powoli zmierzała w moją stronę. Istota ta nie szła tylko sunęła po ziemi(niczym Voldemord w "Harrym Potterze").
Gdy tak stałam cichy głosik zaszeptał mi do ucha:- Uciekaj Azartha Nie wiedziałam co się działo, ale zaczęłam biec w kierunku ulicy, która na pewno nie należała do najbezpieczniejszych. Usłyszałam jak ta tajemnicza postać zaczęła się szyderczo śmiać. Zaczęłam biec ile sił w nogach starając się nie obracać i co jakiś czas skręcać w inną ulicę mając nadzieję, że zgubię tego intruza. Po jakimś czasie, gdy byłam już bardzo zmęczona, nie przyzwyczajona do takiego wysiłku fizycznego, skręciłam w ciemną uliczkę, w ślepy zaułek. Nagle usłyszałam dziwny hałas i instynktownie odwróciłam się, ale nikogo nie zauważyłam. Głośno odetchnęłam z ulgą, ale nie na długo, gdyż byłam w potrzasku.
Odwróciłam się i napotkałam przenikliwie wpatrujące się we mnie błękitno-niebieskie oczy. Po posturze ciała tej istoty zauważyłam że był on mężczyzną. Nagle zapadła martwa cisza jakby cały ten świat nagle przestał istnieć.
- Azartha - powiedział cichym zachrypniętym głosem
- Kim jesteś? - powiedziałam cichym, drżącym głosem. Być może słyszał głośne bicie mojego serca. - Kim jesteś? - ponownie zapytałam tym razem trochę głośniej i pewniej, ale cofając się jeszcze o jeden krok do tyłu. Widząc że cofałam się od niego uciec , chciał zmniejszyć odległość do minimum. W jego oczach widziałam, że nie miał dobrych intencji względem mnie. Więc zrobił krok w moją stronę, lecz jakaś niewidzialna gołym okiem bariera nie pozwalała mu na to. Mimika jego twarzy wyrażała ogromne zdziwienie i złość. Wykorzystując tę jego chwilę nieuwagi, odepchnęłam go, ale nie dotykając go, jakby niewidzialna siła zrobiła to za mnie. Ciężko upadł na ścianę. Szybko rzuciłam się do ucieczki w stronę placu.
Biegłam ile sił w nogach, bałam się tej mrocznej postaci, nie wiedziałam skąd pochodziła, a nie chciała się przekonywać na własnej skórze. Powoli oddalałam się od tego mrocznego miasta, zauważyłam że niedaleko jest las, więc zaczęłam przyśpieszać. Kiedy już byłam w środku tego lasu, obróciłam się i spostrzegłam, że już jest niedaleko mnie ta postać. Potknęłam się, upadłam wprost do wielkiej przepaści, której nie zauważyłam...
Obudziłam się z głośno bijącym sercem. To był tylko kolejny koszmarny sen. Czując ogromną ulgę podniosłam się i rozejrzałam dookoła. Te błękitno-niebieskie oczy poznałabym wszędzie.
* Są dobre i złe anioły. Złe to te upadłe. Te, które upadły. Czy to nie jest niesprawiedliwe? Przecież wszystko upada. Wcześniej czy później wszystko upada.
Na środku wznosił się mistyczny posąg, z jednej strony przestawiający nierealną postać, a z drugiej strony było w nim coś znajomego, dlatego podeszłam bliżej, aby się lepiej przyjrzeć. Pod pomnikiem na tabliczce był wygrawerowany napis, który przeczytałam po cichu:
"Sunt angeli boni et mali. Pauperes sunt, et ruerunt. Qui ceciderunt. Non est iniquum? Post omnes, iacent omnia. Espraes iacent omnia"*
W części przedniej budowli tkwiły znieruchomiałe zegary stale wskazujące południe. A głuche milczenie sprawiło, że słyszałam głośne bicie własnego serca. Nagle zegary oszalały, wskazówki kręciły się w niewłaściwym kierunku, ziemia zadrżała i usłyszałam przeraźliwy hałas. Spomiędzy budynków jakby z mgły pojawiła się tajemnicza postać. Była ona w pelerynie wyglądając w tym mrocznie, groźnie i bardzo niebezpiecznie. Powoli zmierzała w moją stronę. Istota ta nie szła tylko sunęła po ziemi(niczym Voldemord w "Harrym Potterze").
Gdy tak stałam cichy głosik zaszeptał mi do ucha:- Uciekaj Azartha Nie wiedziałam co się działo, ale zaczęłam biec w kierunku ulicy, która na pewno nie należała do najbezpieczniejszych. Usłyszałam jak ta tajemnicza postać zaczęła się szyderczo śmiać. Zaczęłam biec ile sił w nogach starając się nie obracać i co jakiś czas skręcać w inną ulicę mając nadzieję, że zgubię tego intruza. Po jakimś czasie, gdy byłam już bardzo zmęczona, nie przyzwyczajona do takiego wysiłku fizycznego, skręciłam w ciemną uliczkę, w ślepy zaułek. Nagle usłyszałam dziwny hałas i instynktownie odwróciłam się, ale nikogo nie zauważyłam. Głośno odetchnęłam z ulgą, ale nie na długo, gdyż byłam w potrzasku.
Odwróciłam się i napotkałam przenikliwie wpatrujące się we mnie błękitno-niebieskie oczy. Po posturze ciała tej istoty zauważyłam że był on mężczyzną. Nagle zapadła martwa cisza jakby cały ten świat nagle przestał istnieć.
- Azartha - powiedział cichym zachrypniętym głosem
- Kim jesteś? - powiedziałam cichym, drżącym głosem. Być może słyszał głośne bicie mojego serca. - Kim jesteś? - ponownie zapytałam tym razem trochę głośniej i pewniej, ale cofając się jeszcze o jeden krok do tyłu. Widząc że cofałam się od niego uciec , chciał zmniejszyć odległość do minimum. W jego oczach widziałam, że nie miał dobrych intencji względem mnie. Więc zrobił krok w moją stronę, lecz jakaś niewidzialna gołym okiem bariera nie pozwalała mu na to. Mimika jego twarzy wyrażała ogromne zdziwienie i złość. Wykorzystując tę jego chwilę nieuwagi, odepchnęłam go, ale nie dotykając go, jakby niewidzialna siła zrobiła to za mnie. Ciężko upadł na ścianę. Szybko rzuciłam się do ucieczki w stronę placu.
Biegłam ile sił w nogach, bałam się tej mrocznej postaci, nie wiedziałam skąd pochodziła, a nie chciała się przekonywać na własnej skórze. Powoli oddalałam się od tego mrocznego miasta, zauważyłam że niedaleko jest las, więc zaczęłam przyśpieszać. Kiedy już byłam w środku tego lasu, obróciłam się i spostrzegłam, że już jest niedaleko mnie ta postać. Potknęłam się, upadłam wprost do wielkiej przepaści, której nie zauważyłam...
Obudziłam się z głośno bijącym sercem. To był tylko kolejny koszmarny sen. Czując ogromną ulgę podniosłam się i rozejrzałam dookoła. Te błękitno-niebieskie oczy poznałabym wszędzie.
* Są dobre i złe anioły. Złe to te upadłe. Te, które upadły. Czy to nie jest niesprawiedliwe? Przecież wszystko upada. Wcześniej czy później wszystko upada.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej :D To jest moje pierwsze opowiadanie więc proszę o wyrozumiałość(za tą moją gramatykę, styl, interpunkcję itd.). Podobał się wam się prolog? Komentujcie :) i następny rozdział wrzucę w następnym tygodniu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)